Proszę nie używać języka technicznego
Czyli szkolenie z systemu firmowego, podczas którego słowo folder okazało się zbyt specjalistyczne.
uid one
IT · SysOps · Helpdesk
Szkolenie dla biznesu
Kilka miesięcy temu dostałem zadanie wdrożenia nowej kierowniczki w działanie naszego firmowego systemu.
Tego systemu.
Tego, na którym:
- działa pół firmy,
- wiszą zamówienia,
- raporty,
- dokumenty,
- komunikacja,
- i psychiczne zdrowie działu IT.
System rozwijaliśmy latami.
A ja, jak każdy programista z syndromem to moje dziecko, lubię o nim opowiadać.
Wiecie:
- dlaczego coś działa,
- jak rozwiązaliśmy problem,
- gdzie obeszliśmy ograniczenia,
- i które miejsce w kodzie trzyma się wyłącznie na modlitwie i stack overflow z 2017.
Ale już na początku usłyszałem:
Proszę tylko nie używać języka technicznego.
I wtedy jeszcze naiwnie myślałem, że chodzi o:
- API,
- backend,
- synchronizację danych,
- architekturę mikroserwisów,
- albo inne słowa, którymi straszy się juniorów.
Och, jak bardzo się myliłem.
Level 1: człowiek tłumaczy człowiekowi
Usiedliśmy.
Zacząłem spokojnie:
Program zapisuje dane do wspólnego miejsca, dzięki czemu każdy dział widzi aktualne informacje…
Przerwała mi po trzech sekundach.
Proszę nie używać języka technicznego.
Okej.
Reset.
Drugie podejście:
Każdy pracownik ma dostęp do tych samych dokumentów…
Nie rozumiem tych informatycznych określeń.
W tym momencie mój mózg zaczął się pocić.
Ale dobra.
Jeszcze prościej.
System przechowuje informacje o klientach…
Proszę mówić normalnie.
Normalnie.
NORMALNIE.
Siedzę w biurze IT i właśnie dostałem feedback, że słowo informacje brzmi zbyt technicznie.
Wojna z językiem polskim
Po kilku minutach zacząłem się zastanawiać, gdzie właściwie przebiega granica między:
- językiem technicznym,
- a podstawowym słownictwem człowieka żyjącego po 1998 roku.
Bo ciężko opowiadać o komputerach bez słów typu:
- plik,
- folder,
- login,
- hasło,
- Wi-Fi,
- baza danych,
- sieć,
- pulpit.
To trochę jak próba tłumaczenia działania samochodu bez używania słów:
- silnik,
- kierownica,
- hamulec.
Albo piekarnika bez słowa:
piec.
Człowiek kontra słowo folder
Im bardziej upraszczałem, tym bardziej sytuacja przypominała negocjacje z kosmitą, który pierwszy raz zobaczył komputer.
Każde zdanie kończyło się klasykiem:
Nie rozumiem tych informatycznych określeń.
W pewnym momencie złapałem się na tym, że próbuję opisać folder jako:
takie miejsce, gdzie są rzeczy
I wtedy zrozumiałem, że przegrałem.
Eskalacja do wyższej jednostki supportu
Po kilkunastu minutach powiedziałem:
Dobra. Przyślę kolegę.
Kolega z IT przyszedł chwilę później.
Ja siedziałem kilka biurek dalej i słuchałem tego szkolenia jak podcastu true crime.
Instrukcja wyglądała mniej więcej tak:
— Tu pani kliknie.
— Potem tutaj. — A później tutaj. — I wtedy pokaże się to.
Zero pytań:
- dlaczego,
- po co,
- co się właściwie dzieje.
Tylko:
klik tutaj, aż firma zacznie działać.
W pewnym momencie kolega chciał powiedzieć:
na pulpicie
…ale chyba przypomniał sobie moje PTSD.
Więc szybko poprawił:
Na tej głównej stronie.
Sukces szkoleniowy roku
I najlepsze jest to, że szkolenie zakończyło się pełnym sukcesem.
Nowa kierowniczka była zachwycona.
No widzi pan. W końcu ktoś mi to normalnie wyjaśnił.
Normalnie.
Czyli:
- bez zrozumienia,
- bez kontekstu,
- bez pojęć,
- bez mechanizmu działania.
Jak instrukcja obsługi tostera.
Klikologia stosowana
I wtedy pierwszy raz naprawdę dotarło do mnie coś bardzo ważnego.
Dla części ludzi komputer:
- nie jest narzędziem,
- nie jest systemem,
- nie jest technologią.
To po prostu magiczna szafka z przyciskami.
Klikasz. Działa.
Nie działa? Dzwonisz do IT.
Nie ma potrzeby rozumienia czegokolwiek pomiędzy.
I szczerze?
Mam czasem wrażenie, że połowa współczesnych korporacji działa wyłącznie dzięki ludziom, którzy wiedzą:
- gdzie kliknąć,
- czego nie dotykać,
- i że jak wyskoczy okienko, to trzeba szybko zadzwonić po informatyka.
Reszta to już tylko mitologia technologiczna.